Przysłuchując się tej dyskusji, zastanawiam się, czy na pewno to właśnie komercyjne przedsięwzięcia zagrażają mikronacjonizmowi...? Czy nie jest przypadkiem tak, że mikronacjonizm jest zagrożony przede wszystkim dlatego, że poza samymi mikronacjami nikt o nim nie wie?
Może należałoby potraktować przedsięwzięcia komercyjne nie jako zagrożenie, lecz jako szansę? Jeśli taka gra w mikronację - poprzez płatne reklamy - ściągnie do zabawy nowych ludzi, to zawsze wśród nich znajdą się tacy, którzy: a) woleliby nie płacić, b) płatna gra ma zbyt wiele ograniczeń, c) z zasady preferują wolność i szczerość projektów niekomercyjnych. To potencjalni obywatele Dreamlandu i innych mikronacji - może więc w naszym interesie jest utrzymywanie dobrych stosunków z komercyjnymi v-państwami...?
Wszelkie oceny w takich sytuacjach zależą od filozofii życiowej od tego, co uważamy w życiu najważniejsze.
W podejściu elderlandzkim jest to idea - a jeśli dla kogoś jest to przeżycie, faktycznie może mieć diametralnie inny punkt widzenia. Oczywiście proszę nie pomyśleć, że to Dreamlandczykom zarzucam taki materializm: podaję tylko tak dychotomiczny przykład, by uwypuklić elderlandzki ogląd rzeczy.
Wyznawana przez nas filozofia kroczy ku realizacji założeń triumfu ducha nad materią, nie ogląda się na czynniki materialne, a już z pewnością nie na pokusy sprzeczne z ideałami.
Tak było w czasie Rewolucji Zimowej - kiedy chciano nas wykluczyć z OPM wyklinając od puczystów i zamachowców. Mikroświat pomstował, Elderlandczycy ziewali. Lub - ewentualnie - pisali patetyczne listy do OPM, rozpoczynane łacińskimi sentencjami ("Attero Dominatus").
Deja vu to uczucie tajemnicze, ale całkiem przyjemne, a "Powtórka z rozrywki" to jeden z moich ulubionych radiowych programów. Elderlandzki strażnik już rozgląda się za Pompejami, oby tylko tym razem nie był samotny...
Czy nie jest przypadkiem tak, że mikronacjonizm jest zagrożony przede wszystkim dlatego, że poza samymi mikronacjami nikt o nim nie wie?
To nie mikronacjonalizm jako idea jest tu zagrożony czynnikami demograficznymi, ale mikronacje jako jego projekty-realizacje. Oczywiście, pośrednio także i on - idea umrze bez swoich wyznawców. Jednak gorszym zagrożeniem dla niej samej jest uznanie tworu komercyjnego, czyli jej zabrudzenie lub zupełne od niej odstępstwo.
To oznaczałoby jej prawdziwy koniec, a nie zmierzch, jaki przeżywamy teraz.
Jeśli taka gra w mikronację - poprzez płatne reklamy - ściągnie do zabawy nowych ludzi, to zawsze wśród nich znajdą się tacy, którzy: a) woleliby nie płacić, b) płatna gra ma zbyt wiele ograniczeń, c) z zasady preferują wolność i szczerość projektów niekomercyjnych. To potencjalni obywatele Dreamlandu i innych mikronacji - może więc w naszym interesie jest utrzymywanie dobrych stosunków z komercyjnymi v-państwami...?
(wytłuszczenie moje)
Prostuję!

W mikronacje się nie gra, a "komercyjne v-państwo" to już oksymoron, który po bliższemu przyjrzeniu się nie zyskuje sensu podobnego do "konserwatywnego liberalizmu" czy "nihilistycznego idealizmu", a pozostaje sprzecznością logiczną.
Komercyjne mikronacje nie istnieją, ponieważ brak komercji jest wpisany w najogólniejsze, a zarazem najgłębsze definicje państwowości wirtualnej, jest najbardziej immanentną i niezbywalną cechą mikronautyki. Zatem kiedy się tych zasad wyzbędziemy, przestaniemy być mikronautami,
to będzie nasza prawdziwa śmierć - śmierć duszy, a nie byle ciała.
Dlatego mam nadzieję, że to sformułowanie było jedynie skrótem myślowym, a nie przejawem czegoś o wiele bardziej niepokojącego u wysokiego dygnitarza najstarszego polskiego państwa wirtualnego. Zdaje się, że ostatniego, jakie chciałoby pójść na "śmierć prawdziwą".
Zaś co do stosunków z oksymoronami, to -
mikronacje nie mogą utrzymywać relacji z tworami, które nie należą do ich świata, bo to by oznaczało tyle, co ich przyjęcie do nas. Tym samym rozmycie się standardów i wzmiankowany wyżej koniec idei.
Poza tym sam Pan stwierdził, że głównym problemem jest, że nikt poza mikronacjami o nas nie wie - czy więc nie wystarczy, że gracze RWŚ już o nas wiedzą, a wiedzą niewątpliwie? Tym bardziej, że mamy empiryczne dowody w postaci ich do nas imigracji (w czasie teraźniejszym)?
Myślę, że zalegalizowanie ich statusu jako mikronacji (a to, co najważniejsze, byłoby zwyczajnym oszustwem - na tą chwilę przynajmniej) imigrację właśnie by zakończyło. Teraz jesteśmy atrakcyjni dla części z nich, jako że czymś się odróżniamy. Kiedy gruba kreska nas od nich oddzielająca zostanie wymazana, wcale nie przeleje się morze, w żadną ze stron, bo nie będzie już czego szukać w egzotyce.
Ledwie zipiąca 3-osobowa yoyonacja, założona przez znudzonego gimnazjalistę w bezczynny sierpniowy wieczór, będzie chełpić się swoim "klasycznym" mikronacyjnym rodowodem, z wyższością spoglądając na 150-osobową RWŚ, która wystartowała jako gra, administrowana przy pomocy profesjonalnej firmy zewnętrznej. Niestety.
Yoyonacja to nie jest tu najbardziej arystokratyczny przykład, ale co do zasady taka sytuacja nazywa się "triumfem ducha nad materią". Przynajmniej w momencie, kiedy RWŚ nie realizuje idei.
Nawet Najwyższy Adamowi nie uwierzył po zjedzeniu jabłka i w raju go nie zostawił. Nie wierzę w jakiekolwiek ustępstwa komercyjnego przedsięwzięcia, to tylko taktyczne kroki dla zdobycia nowego rynku, bardzo intratnego zresztą. Panowie oszukują się co do intencji graczy. Sam bym to zrobił, gdybym był ich menedżerem, ale to niczego nie zmienia. Mikronacjonizm jest w tej chwili bardzo zagrożony.
Niestety, taka ewentualność też istnieje. Prawdopodobnie tak wyglądały kulisy pierwszego zapukania RWŚ do naszego świata.
Dlatego cała operacja wygląda na niezwykle niebezpieczną. Nie z powodów, jakie chcieli przypisać naszemu osądowi gracze RWŚ trzy lata temu (że niby obawiamy się silniejszej konkurencji), ale z tych wyżej parokrotnie wspomnianych.