(3) P-II – P-III : 104 km - przewidywany czas - 24 godziny.
Opóźnienie w drodze do P-II: 23 minuty
Przewidywany czas dotarcia do P-III: 16:26 dnia 18 maja

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~Dziennik Marynarza:~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dzień drugi:
Hej-ho, świecie!
Właściwie, to wyruszyłem już wczorajszego wieczora, byłem jednak zbyt zajęty manewrami wstępnymi, aby cokolwiek tu napisać. Kupiłem ten dziennik w Buuren, uznałem bowiem, że może zaciekawi kogoś, kto jest - jak ja, zresztą! - amatorem żeglarstwa, a speca rozśmieszy. W każdym razie postaram się opisać tu swój każdy ruch na trasie. Pozwólcie więc, że opiszę dzień pierwszy, jako niewielkie wtrącenie.
Wypłynąłem z portu wczorajszego popołudnia - szczerze mówiąc, to całkiem sprawnie mi to poszło, ale to pewnie zasługa tego, że nie musiałem trzymać się lądu. Po postawieniu żagla miałem drobne problemy z utrzymaniem prostego kierunku - musiałem halsować, raz prawie zrobiłem beczkę, a nie minęły ledwie dwie godziny odkąd zacząłem. Jeszcze jedną godzinę spędziłem przy sterze, nakierowując Esmeraldę w stronę Głębi Unijnej. W międzyczasie, choć zabrałem ze sobą nieprzemakalny pokrowiec na mapę, udało mi się ją kilkukrotnie upuścić (ach, ten śliski pokład!) więc przez chwilę musiałem zastanowić się nad tym, czy aby na pewno dotarłem do celu. Moje wątpliwości rozwiała boja, unosząca się leniwie nad wodą.
Do tego czasu minęło już prawie osiem godzin, a ja już byłem zmęczony po poprzednim dniu podróży i tamtejszych manewrach. Zanim dopłynąłem do boi wyłączyłem czasomierz - nie wiem szczerze mówiąc, jak mi się to udało, szczególnie przy wietrze z południowego wschodu, ale dotarłem do celu niemal przy zerowej stracie czasu! Tak byłem tym zadowolony, że nie zmieniłem kursu i ledwie o kilka centymetrów minąłem boję - jakbym o nią zahaczył płetwą, to byłby dla mnie koniec wyścigu. Chyba nie muszę dopowiadać, jaki byłem po tym zmęczony! Tak czy siak, był to dla mnie dość późny koniec dnia pierwszego i początek drugiego. Ustaliłem kurs i dałem sobie chwilę wytchnienia.
Prawdziwy dzień drugi:
Tak, to już prawdziwie dzisiejszy etap. Trochę zaspałem na zmianę wiatru i musiałem korygować kurs. Wygiął mi się przy tym top, więc odpuściłem trochę i spuściłem grot - zeszło mi to chwilę, ale znowu wróciłem do halsowania - przy wietrze wiejącym z przeciwnego kierunku (na szczęście, niezbyt długo!) to chyba najefektywniejsza dla mnie metoda na przebijanie się przez morze. Na szczęście, dla mnie i dla Esmeraldy, było całkiem spokojne - owszem, fale na otwartym morzu to jednak nieco więcej niż przybrzeżne chlapanie, ale wydaje mi się, że rozkład masy łodzi i jej wielkość zdały egzamin.
Muszę przyznać, że jak na tak niewielką odległość, sporo czasu mi to zajęło - jasne, nocny odpoczynek rzecz święta, ale byłem w sporym pośpiechu, by go nadrobić. Mam wciąż drobny problem z fokiem, przy halsowaniu wiatr dął o niego tak mocno, że rozważałem zmianę metody. W końcu opuściłem go prawie do połowy, ale to chyba już zdało egzamin.
Kiedy to piszę, widzę właśnie ląd na horyzoncie! Myślę sobie, że to tak pewnie musiał czuć się Acjo, kiedy odnalazł ziemie zdatne do zamieszkania przez Sarmatów. Tak czy siak - etap początkowy za mną i mam nadzieję, że utrzymam się w takim trendzie.
Byłbym zapomniał, ale może to się tak w oczy nie rzuca - najpierw tego nie zauważyłem, jednak zdałem sobie sprawę, że w czasie pływania po jeziorze Błękitnym w okolicach swojego domu, osiągałem mniejszą prędkość, bo i góry wyhamowywały wiatr. Tutaj wydało mi się to oczywiste i oto mam wyjaśnienie, czemu łódź raz gna, a czemu muszę zmieniać kierunek. Wydaje się to oczywiste, a jednak kiedy to odkryłem, uznałem to za pouczające.
Będę kontynuował. Jeśli mi szczęście dopisze, to może już jutro dopłynę do Samanti?
Zastanawia mnie, jak radzą sobie inni żeglarze. Pewnie byłbym w stanie oszacować, gdzie teraz są, gdyby nie moje niefortunne poczynania z mapą. Tymczasem - biorę się za manewry po chwili odpoczynku. Jutro też coś napiszę. Salut!


