Z autorów zdecydowanie Gombrowicz. A dlaczego? Oddam tutaj głos K. Toeplitzowi:
Sztuka polska, przebogata w wątki narodowe, jest dziwnie uboga w zakresie treści psychologicznych, egzystencjalnych czy filozoficznych, często nawet estetycznych. Większość jej dylematów rozgrywa się na poziomie Rodziewiczówny, co nikomu nie przeszkadza, na co najnowszych dowodów dostarcza film wg Orzeszkowej „Nad Niemnem”, na który publiczność waliła drzwiami i oknami do tego stopnia, że postanowiono natychmiast zekranizować inną arcybrednię wspomnianej Rodziewiczówny „Między ustami, a brzegiem pucharu”. Na zdrowie! Tę kulawość i niepełność sztuki polskiej odczuwali dwaj, może trzej pisarze okresu międzywojennego – Witkacy, Gombrowicz, Schulz. Niezmiernie pouczająca jednak pod tym względem jest historia Gombrowicza: oto pisarz, który cały wyrósł na drwinie z narodowo-patriotycznej monomanii, czego dowodem są dwie najlepsze jego książki „Ferdydurke” i „Transatlantyk”, pod koniec życia, na emigracji, sam zaczął przeistaczać się w coś w rodzaju wieszcza, co wyczytać można w jego „Dziennikach”. Reszty dokonała legenda i dzisiaj powiedzieć coś złego o Gombrowiczu znaczy tyle prawie, co porwać się na Mickiewicza lub Słowackiego.
Jeżeli zaś miałbym wybrać jedną, jedyną pozycję, to podchodząc do okna celem oddania samobójczego skoku chciałbym potknąć się o Blaszany bębenek Guntera Grassa.
A odnosząc się szerzej do mojego gustu literackiego. Pasjami nienawidzę w literaturze dwóch rzeczy. Wspomnianej już wyżej polskiej manierze poruszania wątków narodowych. Co jest zasadniczo jedną z dominujących cech w obrazie narodu polskiego. Można powiedzieć, że patriotyczny pierdolec jest czymś, co udziela się na pewnym etapie życia prawie każdemu. Część z tego wyrasta, większość niestety nie. Dodajmy do tego jeszcze usilną masturbację nad porażkami, celebrowanie śmierci i ofiary. Im bardziej krwawo, im bardziej bez sensu, im mniejsze szanse ma bohater tym lepiej.
Po drugie nie cierpię ckliwych i szczęśliwych zakończeń. W życiu nic nie ma szczęśliwego zakończenia, bo wszystko w ostatecznym rozrachunku prowadzi do śmierci. Dużo bardziej autentyczna jest literatura, w której bohater przepierdala wszystko w swoim życiu. Ideałem jest, gdy siedzi w jakimś zapomnianej przez wszystkich spelunie i ze szklanką wódki snuje swoje pijackie wspomnienia. Gdy już zakończy swoją opowieść i poczujemy współczucie do głównego bohatera, że koncertowo przepierdolił swoje życie, na scenę powinna wejść jego konkubina, która go zjebie, że wydaje wszystkie pieniądze na alkohol, a dzieci głodne chodzą. Wtedy można poczuć niechęć wobec głównego bohatera, bo pijus, utracjusz i niczego nie nauczył się w życiu i pogardę wobec jego konkubiny, która sprowadziła całe życie do przyziemnego zaspokajania swoich potrzeb biologicznych. Dopiero wtedy można stać się bogatym z ich świata idei. A przecież o to w każdej literaturze chodzi.