Kilka dni wcześniej Jubei de Archien-Krieg - organizatorka spotkania - klarownie wyłożyła mi harmonogram zjazdu. „Programu niet” - przeczytałem w otrzymanym mailu. Spodziewałem się zatem sympatycznego chaosu, klasycznego clubbingu i równie klasycznych kabanosów o brzasku. Dzięki Bogu, tak właśnie było. Na spotkanie przybyłem z małym poślizgiem. Powinienem teraz napisać, że na miejscu zastałem urocze damy i grupę sympatycznych dżentelmenów w gabardynowych marynarkach w stylu Pana Darcy’ego z „Dumy i uprzedzenia”. Przyjmijmy dla wygody, że właśnie taki obrazek zastałem w pubie przy ulicy św. Tomasza. Przybyłem jako ostatni, co zwykle skutkuje koniecznością poddania się niewygodnemu testowi na normalność i wkupienia się w łaski podpitego towarzystwa.
Spośród uczestników spotkania miałem okazję poznać wcześniej jedynie JKM Roberta I. Na temat całej reszty wiedziałem jedynie to, co wyczytałem między wierszami w trakcie mniej lub bardziej formalnych rozmów za pośrednictwem internetowego komunikatora. Innymi słowy: trociny informacji. Z niektórymi w ogóle nie miałem wcześniej przyjemności zamienić nawet słowa. Nadarzyła się zatem doskonała okazja, by osobiście uścisnąć dłoń duchom poprzedniej epoki: Cyricowi, Pawłowi czy wreszcie Alchienowi, którego ciepły, niski, lekko zachrypnięty głos dobrze współbrzmiał z kojącym szumem Guinnessa w naszych lepkich kuflach. Kto by pomyślał, że arcyksiążę d’Archien, ten sam, który jeszcze w ubiegłym roku przerabiał rozmówców na mielonkę dla legwanów, zawodnik wagi ciężkiej, renegat i niedoszły puczysta o mentalności seminarzysty-apostaty, okaże się wzorcowym przykładem serdecznego kompana od kieliszka, osobnikiem z galerii bohaterów filmów Almodovara?
Sporym zaskoczeniem była obecność Fabioli de Willibald – dziś kojarzonej już chyba tylko przez przedstawicieli starszej generacji Dreamlandczyków. Kolejny duch z epoki JKW Pawła, szerszej publiczności dała się poznać jako autorka krwawego kryminału, opublikowanego bodaj w pierwszej połowie 2006 roku. Eteryczna, wyciszona, niemal nieobecna. Zapewne trudno byłoby znaleźć osobę, która przeklinałaby z podobnym wdziękiem.
Wśród członków szerokiej rodziny królewskiej doskonale odnalazł się JKM Robert, który konsekwentnie, w pocie czoła, pracuje sobie na niebanalny przydomek „Stout”. Bo też nikt z grona zjazdowiczów nie wypił równie wiele (ciemnego) piwa, przy okazji mieszając je z różnymi obrzydliwościami, które w innych okolicznościach niechybnie powaliłyby konia. Wyluzowany, ironizujący, jednocześnie jednak czujny i skupiony. „Czego szukasz w tej szafce, kobieto?” – szorstkie, na swój sposób serdeczne pytania naszego monarchy stawiają na baczność nawet członków familii. Właściwy człowiek na właściwym miejscu.
Krótko przed godziną trzecią w nocy w gronie zjazdowiczów doszło do małego konfliktu interesów. Panie miały ochotę jeszcze popląsać na parkiecie, panowie najchętniej położyliby się w zbiorowej mogile i zasunęli kryptę. Zwyciężyła fizjologia. Po krótkiej naradzie pod Sukiennicami zdecydowaliśmy się na solidarne dogorywanie w mieszkaniu JKM Roberta. Już dostatecznie nieformalne spotkanie stało się jeszcze mniej formalne, choć każdy z nas starał się do końca trzymać fason.
Czy zdołamy doholować Królestwo do kolejnej rocznicy? Kto przejmie pałeczkę po najbliższych wyborach? Jak przyciągnąć młodych? Czy jest sens wprowadzać system głosów ważonych? Te wszystkie niepoważne pytania ustąpiła miejsca dylematom bardziej adekwatnym i nie mniej fundamentalnym: Z ilu jajek ta jajecznica? Kto się pisze na kabanosa? Naturalnie – plotkowaliśmy o nieobecnych. Pożywki dla naszej wyobraźni dostarczała Jubei – weteranka dreamlandzkich zlotów. Na dobry początek: przesympatyczny, choć wciąż pomnikowy Artur Piotr, dowcipny Ghardin, przystojny niczym Adonis król-senior Edward Artur i kilku innych półbogów z dreamlandzkiego panteonu. Ba, nawet o Józefie Kalickim zamieniliśmy dwa słowa.
Wszystko co dobre, kończy się nieprzyzwoicie szybko. Na kuchennej podłodze leniwie rozpłaszczył się sypiący dowcipami arcyksiążę d’Archien, oparta o ścianę Jubei niezmordowanie bombardowała nas swoimi przemyśleniami, dostojny gospodarz dzielnie trwał na swoim posterunku, półprzytomna ze zmęczenia Fabiola raz po raz zapewniała, że wygra pewien zabawny zakład, w sąsiednim pokoju słodko drzemał napompowany antybiotykami poseł Martin van Buuren, na zewnątrz deszcz stukał o szybę. I Bóg widział, że to było dobre, więc i kac okazał się nazajutrz całkiem znośny, a wiatr mniej dokuczliwy.
Owszem – w trakcie takiego spotkania można się nieco odbrązowić. Zasłony już jednak opadły, co miało się wydarzyć, już się wydarzyło. Najwyższy czas wrzucić na luz i przestawić się na model postapokaliptyczny.
Mam nadzieję, że nie było to ostatnie spotkanie tego rodzaju.
Kraków (Oldsmobile Pub/Irish Pub/Cafe Spokój), 25-26 września 2010 r.
Uczestnicy: JKM Robert I, Jubei de Archien-Krieg, Fabiola de Willibald, Alchien d'Archien, Paweł W. Krieg (d. Milewski), Cyric van den Sune-Buuren, Jacques de Brolle.