Czy Dreamland jest bezpiecznym miejscem?
: 22 lis 2016, 22:06
Drodzy, Drogie,
W Dreamlandzie znalazłem się ponownie z powodów nostalgicznych. Jeszcze wczoraj po południu pisałem o tym, że chcę się rozejrzeć i nie zamierzam od razu zostawać ani parlamentarzystą, ani sędzią. Powrót, przyjemny, w stylu mellow, bez niepotrzebnego spinania się, bo dostatecznych ilości spiny dostarcza mi świat analogowy. Proporcje, pisałem. Kilka godzin później złożyłem pozew do sądu, a w ślad za nim wniosek o dołączenie do grona członków Parlamentu.
W międzyczasie wydarzył się Gaston de S. Tutaj.
A na dokładkę wydarzył się premier Witt. Na IRC, ale o nim za chwilę.
Czy jeśli pozwalamy sobie na publiczne inwektywy dotyczące realowych cech Dreamlandczyków, to jest to w porządku? Słowa mają swoją moc, są wśród Dreamlandczyków różni ludzie. Czy Dreamland jest bezpiecznym miejscem dla kogoś, kto dopiero dołącza, a znienacka ulewa się na niego nienawistny język przewodniczącego KPśw.A? (Tego św. nie ma się co wstydzić, tak myślę)
Czy jeśli Gaston de S. używałby podobnie nienawistnego języka dotyczącego upośledzonych umysłowo, byłoby równie okej? Czy jeśli z podobną pogardą podobnie odnosiłby się do blondynów, albo zielonookich, byłoby okej?
Że jest okej, dowiedziałem się dopiero na IRC. Ktoś tam się oburzył - sorry, nie rozpoznaję wszystkich jeszcze - premier Witt natomiast, (samo)zadowolony wielce, machał ręką, jakby się odganiał. W skrócie, to wina gejów, bo ci geje się ujawniają. Gdyby się nie ujawniali, to Gaston de S. nie napisałby tego, co napisał, bo nie miałby o czym. Gdyby nie ujawniali się od początku świata, to nie mieliby nawet nazwy, i tym bardziej Gaston de S. nie miałby o czym pisać.
W ten sposób premier Witt rozwiązał zagadkę ewentualnego potępienia kolegi swojego przewodniczącego z KPśw.A.
Jeśli ktoś natomiast poczuł się obrażony, premier Witt miał radę: "sąd". Machanie ręką przybrało na sile, razem z artykulacją premiera, który mamrotał "sąd, sąd, sąd", bo mu się jakieś homofobie zalęgły.
Protestowałem, że to niezupełnie to, czego bym oczekiwał. Bo obrażono mnie realowo - dlaczego dreamlandzki sąd ma rozstrzygać o godności osobistej, którą przyniosłem tu z innego ze światów? Ktoś inny tłumaczył, że co to za rada, skoro sąd niewydolny, a jego prezes zmarł na posterunku. Nic to, premier machał ręką. "Sąd, sąd, sąd".
I wtedy dowiedziałem się, że jest również ministrem sprawiedliwości.
Więc złożyłem pozew. Złożyłem go dlatego, że właśnie nie spodziewam się żadnej satysfakcji. Niech pan premier patrzy i wyciąga wnioski. Jeśli rozprawa się odbędzie, pół sukcesu. Do sukcesu pełnego nie dojdzie, choćby sąd ów stanął na głowie.
Premierowi-ministrowi ze stronnictwa świętego wyjaśniam więc, że zastosowałem się do jego rady, ale:
1. Zastosowanie się do jego rady sprawiło, że musiałem w pozwie wyznać, że jestem gejem. Gdybym nie był, nikt mnie nie obraził. Pozew o naruszenie moich dóbr musi wskazywać palcem na te właśnie dobra. Dobry smak nie jest dobrem osobistym, choć mają wspólne dwie sylaby. W ten sposób premier zmusił mnie więc do coming outu, którego wcale nie planowałem, i który, szczerze mówiąc, podoba mi się średnio. A nawet mniej.
2. Zastosowanie się do jego rady sprawiło, że wyrok orzeczony zostanie - jeśli zostanie - wyłącznie w mojej sprawie. Gaston de S. posłużył się nienawistnym językiem w stosunku do całej grupy społecznej, odnosząc się do realowych cech wszystkich osób homoseksualnych zamieszkujących Królestwo, i do cech każdej z tych osób z osobna. Ja jestem obywatelem od wczoraj, nie mogę domagać się przed sądem satysfakcji w imieniu dobra publicznego. (Znów to dobro)
W imieniu dobra publicznego można by się czegoś domagać, owszem, ale potrzeba do tego np. odpowiedniego przepisu w Kodeksie karnym. Że, na przykład, nie można znieważać ludzi ze względu na ich cechy realowe.
Przepis dotyczący ochrony przed znieważeniem ze względu na narodowość lub wyznanie jest w kodeksie. Gdybym był, dajmy na to, katolikiem - znieważać mnie nie wolno. Podobnie, zakładam, gdybym był akurat świętym Augustynem.
Ponieważ znieważono mnie z zupełnie innego powodu, zapytałem premiera, którego miałem wciąż na wyciągnięcie ręki. Premier, wyciągnięty do odpowiedzi i chyba już znużony moim oburzeniem - ale nadal niezmiennie (samo)zadowolony - odrzekł chyba, że pozostaje mi sąd. I że mogę wejść do parlamentu i zaproponować zmianę prawa, bo on nie widzi potrzeby. Tej części wypowiedzi nie pamiętam dokładnie, bo poczerniało mi w oczach.
Wcale nie chciałem wchodzić do parlamentu. Zostałem do tego zmuszony, tak samo jak do coming outu drugiego dnia obecności w Dreamlandzie. I do złożenia pozwu. I do psucia sobie krwi.
Premier Witt wstrzymał się przed jakimkolwiek potępieniem słów swojego partyjnego kolegi, w zamian oskarżając gejów, że sami te inwektywy na siebie ściągają. Robią to poprzez swoje istnienie, o zgrozo, publiczne.
Premier, w tonie mędrca, mówił jeszcze inne rzeczy, cytował i uśmiechał się, i odganiał, i machał.
Najdelikatniejsze, co mogę powiedzieć, to to, że panu premierowi wyraźnie brakuje empatii. Większe słowa zachowam na później. Poznałem ludzi dużego formatu, i raczej nikczemnych. Pan premier nie należy do tych pierwszych.
Do parlamentu wchodzę wyłącznie po to, by zmienić prawo tak, aby postaci takie jak Gaston de S. nie mogły bezkarnie obrażać Dreamlandczyków ze względu na ich realowe cechy. Jakiekolwiek cechy. Jeśli uda mi się choćby tylko to, uznam, że osiągnąłem sukces.
Państwo wirtualne ma być bezpiecznym miejscem. Dopóki Gaston de S. może siać nienawiść tak, jak chce, kiedy chce i gdzie chce, a obrażonym pozostaje jedynie pozew prywatny - nie jest to bezpieczne miejsce. Być może również, dopóki premier Witt macha ręką i prawi głupoty z wyższości swojej katedry.
YKS
W Dreamlandzie znalazłem się ponownie z powodów nostalgicznych. Jeszcze wczoraj po południu pisałem o tym, że chcę się rozejrzeć i nie zamierzam od razu zostawać ani parlamentarzystą, ani sędzią. Powrót, przyjemny, w stylu mellow, bez niepotrzebnego spinania się, bo dostatecznych ilości spiny dostarcza mi świat analogowy. Proporcje, pisałem. Kilka godzin później złożyłem pozew do sądu, a w ślad za nim wniosek o dołączenie do grona członków Parlamentu.
W międzyczasie wydarzył się Gaston de S. Tutaj.
A na dokładkę wydarzył się premier Witt. Na IRC, ale o nim za chwilę.
Czy jeśli pozwalamy sobie na publiczne inwektywy dotyczące realowych cech Dreamlandczyków, to jest to w porządku? Słowa mają swoją moc, są wśród Dreamlandczyków różni ludzie. Czy Dreamland jest bezpiecznym miejscem dla kogoś, kto dopiero dołącza, a znienacka ulewa się na niego nienawistny język przewodniczącego KPśw.A? (Tego św. nie ma się co wstydzić, tak myślę)
Czy jeśli Gaston de S. używałby podobnie nienawistnego języka dotyczącego upośledzonych umysłowo, byłoby równie okej? Czy jeśli z podobną pogardą podobnie odnosiłby się do blondynów, albo zielonookich, byłoby okej?
Że jest okej, dowiedziałem się dopiero na IRC. Ktoś tam się oburzył - sorry, nie rozpoznaję wszystkich jeszcze - premier Witt natomiast, (samo)zadowolony wielce, machał ręką, jakby się odganiał. W skrócie, to wina gejów, bo ci geje się ujawniają. Gdyby się nie ujawniali, to Gaston de S. nie napisałby tego, co napisał, bo nie miałby o czym. Gdyby nie ujawniali się od początku świata, to nie mieliby nawet nazwy, i tym bardziej Gaston de S. nie miałby o czym pisać.
W ten sposób premier Witt rozwiązał zagadkę ewentualnego potępienia kolegi swojego przewodniczącego z KPśw.A.
Jeśli ktoś natomiast poczuł się obrażony, premier Witt miał radę: "sąd". Machanie ręką przybrało na sile, razem z artykulacją premiera, który mamrotał "sąd, sąd, sąd", bo mu się jakieś homofobie zalęgły.
Protestowałem, że to niezupełnie to, czego bym oczekiwał. Bo obrażono mnie realowo - dlaczego dreamlandzki sąd ma rozstrzygać o godności osobistej, którą przyniosłem tu z innego ze światów? Ktoś inny tłumaczył, że co to za rada, skoro sąd niewydolny, a jego prezes zmarł na posterunku. Nic to, premier machał ręką. "Sąd, sąd, sąd".
I wtedy dowiedziałem się, że jest również ministrem sprawiedliwości.
Więc złożyłem pozew. Złożyłem go dlatego, że właśnie nie spodziewam się żadnej satysfakcji. Niech pan premier patrzy i wyciąga wnioski. Jeśli rozprawa się odbędzie, pół sukcesu. Do sukcesu pełnego nie dojdzie, choćby sąd ów stanął na głowie.
Premierowi-ministrowi ze stronnictwa świętego wyjaśniam więc, że zastosowałem się do jego rady, ale:
1. Zastosowanie się do jego rady sprawiło, że musiałem w pozwie wyznać, że jestem gejem. Gdybym nie był, nikt mnie nie obraził. Pozew o naruszenie moich dóbr musi wskazywać palcem na te właśnie dobra. Dobry smak nie jest dobrem osobistym, choć mają wspólne dwie sylaby. W ten sposób premier zmusił mnie więc do coming outu, którego wcale nie planowałem, i który, szczerze mówiąc, podoba mi się średnio. A nawet mniej.
2. Zastosowanie się do jego rady sprawiło, że wyrok orzeczony zostanie - jeśli zostanie - wyłącznie w mojej sprawie. Gaston de S. posłużył się nienawistnym językiem w stosunku do całej grupy społecznej, odnosząc się do realowych cech wszystkich osób homoseksualnych zamieszkujących Królestwo, i do cech każdej z tych osób z osobna. Ja jestem obywatelem od wczoraj, nie mogę domagać się przed sądem satysfakcji w imieniu dobra publicznego. (Znów to dobro)
W imieniu dobra publicznego można by się czegoś domagać, owszem, ale potrzeba do tego np. odpowiedniego przepisu w Kodeksie karnym. Że, na przykład, nie można znieważać ludzi ze względu na ich cechy realowe.
Przepis dotyczący ochrony przed znieważeniem ze względu na narodowość lub wyznanie jest w kodeksie. Gdybym był, dajmy na to, katolikiem - znieważać mnie nie wolno. Podobnie, zakładam, gdybym był akurat świętym Augustynem.
Ponieważ znieważono mnie z zupełnie innego powodu, zapytałem premiera, którego miałem wciąż na wyciągnięcie ręki. Premier, wyciągnięty do odpowiedzi i chyba już znużony moim oburzeniem - ale nadal niezmiennie (samo)zadowolony - odrzekł chyba, że pozostaje mi sąd. I że mogę wejść do parlamentu i zaproponować zmianę prawa, bo on nie widzi potrzeby. Tej części wypowiedzi nie pamiętam dokładnie, bo poczerniało mi w oczach.
Następnie pan premier z dobrotliwym uśmiechem pogratulował mi, że chcę wejść do parlamentu. Jeszcze chwila, a okazałoby się, że moja postawa obywatelska to zasługa Gastona de S., więc składać powinienem raczej dary w miejsce pozwów. Tego już pan premier jednak nie powiedział, bo znudzony wrócił do dyskusji o podpalaniu namiotu (czy o czymś tam).Kto w miejscu publicznym znieważa grupę ludności albo poszczególną osobę z powodu jej przynależności narodowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości podlega karze grzywny albo karze ograniczenia wolności na czas do 1 miesiąca.
Wcale nie chciałem wchodzić do parlamentu. Zostałem do tego zmuszony, tak samo jak do coming outu drugiego dnia obecności w Dreamlandzie. I do złożenia pozwu. I do psucia sobie krwi.
Premier Witt wstrzymał się przed jakimkolwiek potępieniem słów swojego partyjnego kolegi, w zamian oskarżając gejów, że sami te inwektywy na siebie ściągają. Robią to poprzez swoje istnienie, o zgrozo, publiczne.
Premier, w tonie mędrca, mówił jeszcze inne rzeczy, cytował i uśmiechał się, i odganiał, i machał.
Najdelikatniejsze, co mogę powiedzieć, to to, że panu premierowi wyraźnie brakuje empatii. Większe słowa zachowam na później. Poznałem ludzi dużego formatu, i raczej nikczemnych. Pan premier nie należy do tych pierwszych.
Do parlamentu wchodzę wyłącznie po to, by zmienić prawo tak, aby postaci takie jak Gaston de S. nie mogły bezkarnie obrażać Dreamlandczyków ze względu na ich realowe cechy. Jakiekolwiek cechy. Jeśli uda mi się choćby tylko to, uznam, że osiągnąłem sukces.
Państwo wirtualne ma być bezpiecznym miejscem. Dopóki Gaston de S. może siać nienawiść tak, jak chce, kiedy chce i gdzie chce, a obrażonym pozostaje jedynie pozew prywatny - nie jest to bezpieczne miejsce. Być może również, dopóki premier Witt macha ręką i prawi głupoty z wyższości swojej katedry.
YKS
