Towarzyszu Monarcho,
Tak zdefiniowana różnica między parlamentem "otwartym" a "powszechnym" jest mniej niż subtelna - jest właściwie żadna. To co je różni jedynie trochę inna forma ograniczania kworum i kontroli aktywności. W praktyce, z punktu widzenia całości funkcjonowania nie ma to większego znaczenia czy ktoś, kto nie ma woli uczestniczenia nie bierze udziału w parlamencie powszechnym, czy nie zgłasza się do parlamentu otwartego.
Również umożliwienie natychmiastowego dostępu do legislatywy wypada blado - po pierwsze dlatego, że zaraz będzie to 2 tygodnie (jasne, mało w stosunku do klasycznych 3-miesięcznych kadencji, ale i tak już nie natychmiast), po drugie dlatego, że nawet pobieżne przejrzenie nowych obywateli od czasu wprowadzenia takiej formy parlamentu potwierdza postawioną przeze mnie tezę, że parlament i szybkość dostępu do niego nie jest czynnikiem decydującym. "Nowi" angażują się wojsko, w prowincje, w narrację gospodarczą - tu wielka praca tow. dr Witta, który jest tym, który najwięcej tego typu zaangażowanie organizuje i wzmacnia - i dlatego "zostają".
W Parlamencie nie widać ich za bardzo. Jak sam towarzysz Król mówi - potrzebują okrzepnąć, przywyknąć. Czy jednak muszą to robić jako parlamentarzyści? Towarzysz Król proponuje mikronacyjny fastfood - możesz sięgnąć po funkcję parlamentarzysty od razu, od ręki. W pewnym sensie jest to odrobiona lekcja jednodniowych mocarstw z Nordaty (metaforycznie, dziś nawet nie kłopoczą się sytuowaniem na mapie) - zaspokoić ambicje, zanim spadnie krótki okres skupienia i zainteresowania. Trzeba jednak pamiętać, że jest powód, dla którego te mocarstwa, mimo spełniania najdzikszych fantazji, pozostają efemerydami. Czy jako państwo nie powinniśmy też stawiać większych wymagań, wyzwań - pewnej drabinki, po której ciężej się wspiąć niż wjechać windą, ale daje więcej satysfakcji?
Można powiedzieć, że jest szereg innych funkcji, równie ważnych czy ważniejszych, które wymagają starań - i tam można się wykazać - Minister, Premier, Namiestnik czy nawet Król - ale wymagają on innego typu zaangażowania niż praca legislacyjna - i mogą nie być tak atrakcyjne jak kariera w parlamencie.
Względem powodzenia samych wyborów - należy pamiętać, że nie tylko wzrósł potencjał ludnościowy, ale polityka zyskała nowe barwy, powstały rywalizujące ugrupowania i wizje potencjalnego, znaczącego przekształcenie państwa. To już nie spór odcieni tego samego koloru, to mocno kontrastowa walka o idea. Dlatego też sądzę, że o brak kandydatów do Parlamentu obawiać się nie trzeba - żadna ze stron nie będzie chciała drugiej oddać pierwszeństwa. O brak kandydatów, nawet do np. pięciosobowego parlamentu bym się nie martwił. Tym bardziej, że jak sam Monarcha wskazuje - mamy stabilną liczbę parlamentarzystów. Wybory nie są czymś specjalnie zniechęcającym, przynajmniej nigdy nie zauważyłem żeby ktoś powiedział "chcę być w parlamencie, ale nie chcę startować w wyborach".
Starcia liderów - a do tego sprowadzają się wybory na Premiera - nie są czymś co mnie by mnie specjalnie satysfakcjonowało. Tego typu wybory będą zawsze w większym stopniu plebiscytem popularności konkretnych postaci (na co wszak sam Król narzeka), a mniejszą rolę będzie pełnić wizja lub jej brak, program lub jego brak. Zdecydowanie wolę wybory parlamentarne, gdzie mamy do czynienia ze starciem raczej partii, ugrupowań, idei, grup - a nie jednostek.
Nie mogę powiedzieć, żeby dziwiła mnie deklaracja, że monarcha zapowiada, że może dekretować, a gawiedź niech dyskutuje. Widać to było choćby po ostatnim ogłoszeniu bez publicznych konsultacji dekretu w sprawie, w której Parlament odrzucił chwilę wcześniej ustawę. Jednak taka wizja - otwartego, słabego Parlamentu jako klubu gdzie się gada, a właściwą legislację zostawia się w rękach monarchy - nie odpowiada ani mi, ani moim towarzyszom z KPD. Wręcz przeciwnie - stoimy na stanowisku, że kraj potrzebuje więcej, a nie mniej demokracji. Liczę na to, że z czasem dekretów będzie co raz mniej, a ustaw - co raz więcej, do momentu kiedy sama instytucja dekretów królewskich stanie się całkowicie zbędna. Ten fragment był odniesieniem do wypowiedzi będącej cześcią odpowiedzi pod artykułem Kuriera. która zniknęła z odpowiedzi umieszczonej na forum - słowa o możliwości samodzielnych rządów za pomocą dekretów zmieniono na odwołanie do rządów poprzednika. Rozumiem, że monarcha swoje stanowisko złagodził. Swoją odpowiedź jednak zostawiam, bo jest tu dość istotna deklaracja ideowa.
I wreszcie, na koniec, jedna uwaga. Duża cześć argumentu "przeciw" to "bo będzie jak wtedy". Mamy zupełnie inną sytuację, Dreamland jest na fali wznoszącej, powiewa nam ożywczy zefirek. Ciężko byłoby znaleźć lepszy moment aby odłożyć wiosła i postawić dodatkowe żagle. Jeżeli się okaże, że wybory faktycznie będą obarczone problemami o których mówi Towarzysz - zawsze będzie czas aby ze zmian się wycofać. Natomiast zmiana w drugą stronę w sytuacji, gdy ogarnie nas zastój będzie już spóźniona i niemożliwa.
Niezupełnie rozumiem ostatnie zdanie - bo wiele jest państw gdzie model wybieralnego parlamentu działa, całkiem dobrze. Chyba, że chodzi o przykład państwa, gdzie nastąpiła z powodzeniem zmiana z modelu otwartego na wybieralny? To mogę podać chociażby Surmenię, gdzie po okresie gdy parlament (zwany wtedy Senatem) działał jako powoływany przez Króla, został zastąpiony takim z wyboru i działał w tym trybie przez długi czas - z tego co wiem, dopiero ostatnie demograficzne tąpnięcie zmusiło Surmenię do powrotu do trybu "powszechnego".