Nadrabiamy zaległości czytelnicze.
Karol Radziwiłł - magnat, publicysta i mecenas kultury z dalekiej Rzeczypospolitej Obojga Narodów - opublikował frapujący
tekst literacki pod wymownym tytułem
Ars Moriendi. Konwencja, poetyka i deklarowany temat sugerują nawiązanie do prądu sarmackich eskapistów z grupy
Altborczyk. Wymowa dzieła wymyka się łatwej interpretacji; ktoś powiedziałby może, że sztuka Karola Radziwiłła poświęcona jest trudno-właściwie-powiedzieć-czemu, co dla jednego będzie dowodem fiaska całego przedsięwzięcia, dla innego - zaproszeniem do labiryntu i zabawą z konwencją. Fabuła - szczątkowa, aura - senna, momentami oniryczna, bohaterowie - eteryczni i ledwie muśnięci.
Jedna ze scen Aktu II osadzona jest w Dreamlandzie - w Górach Alizońskich. Już słyszę, jak książę Asketil mruczy z zadowolenia.
Najmocniejsza strona tego tekstu? Zagnieżdżenie w kontekście mikronacyjnym. JE Radziwiłł wykonał solidną kwerendę źródłową - mamy tu trochę kryptocytatów, są odwołania do historii przedinternetowej, jest zabawa z pewnym motywem kultury europejskiej. To i owo z pewnością mi umknęło, nie czytałem tego na wszystkich możliwych poziomach; tym jednak, co przemawia do mnie najmocniej, to próba
charakterologii narodowej polskich mikronacji. Każda scena to sepiowa fotografia, do której ustawia się lokalna społeczność - tu Surmenia, tam Rotria, tu znowu Dreamland. Zdjęcie jest niewyraźne, ale to i owo jednak widać. Tu blizna, tam chropowatość, tu niedomaganie ducha.
To wszystko przywodzi mi na myśl dawny tekst Medgara de Ramy, który mniej więcej osiem-dziesięć lat temu żalił się na łamach "Głosu Weblandu", że dreamlandzka (i szerzej - mikronacyjna) literatura lekceważy specyfikę państwa internetowego i pewne rzeczy traktuje po prostu hasłowo, kalkując gotowe schematy i intuicje z literatury świata realnego (oezu, jak to strasznie brzmi). Że, w skrócie, powstaje tu poezja i proza, która jedynie pozuje na mikronacyjną, ledwie dotykając jej powierzchni, żonglując nazwiskami i pojęciami geograficznymi z polskiego mikroświata, choć, w gruncie rzeczy, mogłoby to pójść do gazetki szkolnej i nikt nawet nie zauważyłby różnicy. Od tamtego czasu sporo się zmieniło (właściwie wszystko), ale może najważniejsza zmiana polegałaby na tym, że mikronacyjna literatura wreszcie wybiła się na suwerenność.
A jak to wygląda u Karola Radziwiłła? Dobrze, nawet bardzo dobrze. A może być jeszcze lepiej. W ciągu blisko 20 lat istnienia polskiego ruchu mikronacyjnego dorobiliśmy się całej plejady rodzimych autorów, prozaików, dramatopisarzy, teoretyków i praktyków polityki. Jest już z czego czerpać, jest kogo cytować. Wyrzuciłbym tych Reymontów, Dantego, to ciągłe kokietowanie czytelnika Wyspiańskim. Po co to? Zostawmy te fajerwerki po drugiej strony ekranu. Jaki neoromantyzm? Kto to w ogóle był Reymont? Piotr "Khand" Krupiński to był ktoś. Helwetyk Romański, Henryk Lesczyński, Alchiend d'Archien, Pavel Svoboda, Aborcjusz Struszyński, Edward Krieg, a od kilkunastu dni mamy również naszych altborczyków-cioranistów. W tym jest życie, wibracja i energia. To są nasi ludzie, twórcy naszych światów i naszego języka.
Sam Autor tak nakreślił taki kontekst powstania utworu.
- Publikacja dramatu ma miejsce, moim zdaniem, w szczególnym czasie. Podróżując po różnych mikronacjach da się odczuć atmosferę wyczekiwania z pewną dozą niepewności, związaną z przełomowymi wydarzeniami. W Dreamlandzie ma miejsce zmiana na tronie, naród głosuje w referendum nad przekazaniem pełni władzy w ręce króla, pojawia się wizja ukierunkowania na kulturę i odejście od polityki. Sarmacja wybiera posłów na nową kadencję Sejmu. Surmenia po kryzysie władzy i niejednej aferze m.in. kloningowej (fatum, które ciąży nad Surmenią?) dokonuje wyboru nowego archonta. Aguria próbuje przezwyciężyć kryzys braku aktywności (którego, co ciekawe, podłożem nie jest brak obywateli, ale wypalenie „starych” mieszkańców). Rotria dogorywa, traci swój autorytet, podczas gdy mnożą się kościoły lokalne, pojawia się jednak wizja zjednoczenia i zakończenia schizm. W końcu w Rzeczypospolitej po elekcji nowego króla wyczekuje się na to, co nowy król może wnieść w rozwój państwa. Podsumowując, mieszkańcy mikroświata czekają na to, co przyniesie jutro. Ale nie zwykłe, codzienne jutro, tylko jutro z najwyższej półki, o którym na lekcjach historii uczyć się będę kolejne pokolenia. Posługując się religijną nomenklaturą nieistniejącego świata, jest to swego rodzaju Adwent, a więc nie tylko oczekiwanie, ale też nawrócenie, pokuta. I właśnie jako element tej pokuty, rachunku sumienia należy potraktować ,,Ars moriendi”.
Autorowi gratuluję odwagi - bo trzeba odwagi, by publicznie zaprezentować swoją twórczość - i zapraszam do udziału naszych forumowych pogawędkach.