Samorząd miejscowy
: 9 maja 2020, 20:43
Nowa Konstytucja, znosząc dreamlandzką federację, przewiduje zarazem ustanowienie samorządu miejscowego. Mając na uwadze życzenia społeczeństwa i dotychczasową praktykę, nie ulega wątpliwości, że samorząd ten ma być zorganizowany na zasadzie lennej. Pozostaje kilka kwestii do ustalenia, chciałbym zaprezentować co do nich rządowe założenia, podlegające oczywiście negocjacji.
Nasza struktura terytorialna była zawsze dwuszczeblowa, przy czym środek ciężkości przesunięty był wyraźnie ku szczeblowi wyższemu. Teraz to ma się zmienić. Pytanie, czy pozostawiamy coś między poszczególną ziemią, a całym państwem. Tutaj opowiadam się za tym, aby zachować dwa szczeble podziału terytorialnego, ale struktury władzy tworzyć tylko na niższym. Podział na prowincje służyłby zwiększeniu chłonności systemu, z góry wyznaczając pewne ramy klimatu ziem położonych w danym regionie.
Jak sądzę, przy tej okazji warto byłoby także pochylić się nad rozważanym od dawna zmniejszeniem terytorium Królestwa, jak również wyzerowaniem i zarchiwizowaniem lokalnych narracji. Dzielilibyśmy od nowa. Roboczo widziałbym trzy prowincje: zachodnioeuropejską, dalekowschodnią i... trzecią. Trzecia prowincja to byłoby coś w rodzaju ziemi nieznanej, opcja dla zaawansowanych, którzy mogliby tam tworzyć narracje niepodobne do niczego.
Stanowisko burmistrza było tradycyjną drogą wejścia do aparatu państwowego, a z drugiej strony nadanie lenne jest jednak pewnym zaszczytem i ma odznaczać się trwałością. Dlatego proponuję, żeby terytorium państwa podzielić na ziemie, które miałyby status lenn albo królewszczyzn. Jedne i drugie byłyby pod opieką jednoosobowych zarządców, lecz różny byłby ich status. Nowy mieszkaniec zaczynałby jako kadencyjny namiestnik królewski, a po przetrwaniu swojej pierwszej kadencji otrzymywałby ziemię w lenno, już na stałe.
Lenno z założenia ma być ściśle związane z osobą lennika, a nadanie ziemskie mieć charakter trwały. Nie powinno to jednak oznaczać rozdawania kawałków państwa na własność. Poza oczywistymi wymogami lojalności wobec państwa, w przypadku opuszczenia Królestwa przez lennika istniałaby możliwość przekazania jego ziemi w opiekę komu innemu, nawet wraz z wyzerowaniem lokalnej narracji. Z drugiej strony, póki lennik pozostawałby wśród nas, dysponowałby lennem dość swobodnie, nie podlegałby żadnym rozliczeniom z aktywności, decydowałby też o tym, na ile jest otwarty na wkład osób trzecich w lokalną narrację.
W obecnych warunkach demograficznych nie możemy sobie pozwolić na rozpraszanie sił, więc opowiadam się za stanowczym określeniem, że miejscem działalności politycznej jest centrala państwowa. Lennicy i namiestnicy mogliby pełnić jakieś pomocnicze funkcje administracyjne, jednakże ich naczelnym zadaniem byłoby rozwijanie lokalnej narracji. Powoływanie urzędników do pomocy byłoby możliwe, ale bez tworzenia rozmaitych rad księstw, rządów lokalnych i tym podobnego trwonienia aktywności na statutomanię.
Zapraszam do dyskusji.
Nasza struktura terytorialna była zawsze dwuszczeblowa, przy czym środek ciężkości przesunięty był wyraźnie ku szczeblowi wyższemu. Teraz to ma się zmienić. Pytanie, czy pozostawiamy coś między poszczególną ziemią, a całym państwem. Tutaj opowiadam się za tym, aby zachować dwa szczeble podziału terytorialnego, ale struktury władzy tworzyć tylko na niższym. Podział na prowincje służyłby zwiększeniu chłonności systemu, z góry wyznaczając pewne ramy klimatu ziem położonych w danym regionie.
Jak sądzę, przy tej okazji warto byłoby także pochylić się nad rozważanym od dawna zmniejszeniem terytorium Królestwa, jak również wyzerowaniem i zarchiwizowaniem lokalnych narracji. Dzielilibyśmy od nowa. Roboczo widziałbym trzy prowincje: zachodnioeuropejską, dalekowschodnią i... trzecią. Trzecia prowincja to byłoby coś w rodzaju ziemi nieznanej, opcja dla zaawansowanych, którzy mogliby tam tworzyć narracje niepodobne do niczego.
Stanowisko burmistrza było tradycyjną drogą wejścia do aparatu państwowego, a z drugiej strony nadanie lenne jest jednak pewnym zaszczytem i ma odznaczać się trwałością. Dlatego proponuję, żeby terytorium państwa podzielić na ziemie, które miałyby status lenn albo królewszczyzn. Jedne i drugie byłyby pod opieką jednoosobowych zarządców, lecz różny byłby ich status. Nowy mieszkaniec zaczynałby jako kadencyjny namiestnik królewski, a po przetrwaniu swojej pierwszej kadencji otrzymywałby ziemię w lenno, już na stałe.
Lenno z założenia ma być ściśle związane z osobą lennika, a nadanie ziemskie mieć charakter trwały. Nie powinno to jednak oznaczać rozdawania kawałków państwa na własność. Poza oczywistymi wymogami lojalności wobec państwa, w przypadku opuszczenia Królestwa przez lennika istniałaby możliwość przekazania jego ziemi w opiekę komu innemu, nawet wraz z wyzerowaniem lokalnej narracji. Z drugiej strony, póki lennik pozostawałby wśród nas, dysponowałby lennem dość swobodnie, nie podlegałby żadnym rozliczeniom z aktywności, decydowałby też o tym, na ile jest otwarty na wkład osób trzecich w lokalną narrację.
W obecnych warunkach demograficznych nie możemy sobie pozwolić na rozpraszanie sił, więc opowiadam się za stanowczym określeniem, że miejscem działalności politycznej jest centrala państwowa. Lennicy i namiestnicy mogliby pełnić jakieś pomocnicze funkcje administracyjne, jednakże ich naczelnym zadaniem byłoby rozwijanie lokalnej narracji. Powoływanie urzędników do pomocy byłoby możliwe, ale bez tworzenia rozmaitych rad księstw, rządów lokalnych i tym podobnego trwonienia aktywności na statutomanię.
Zapraszam do dyskusji.