Ostro. Nie za ostro?
Hm, może odrobinę. Oczywiście ironizowałem sobie, parafrazując wyświechtane frazesy, którymi rytualnie obrzuca się jednego z realowych sąsiadów Polski, ale chyba faktycznie za daleko to poszło. Natomiast, odkładając na bok retoryczne uszczypliwości i nie pomijając istotnego faktu mimo wszystko znacznej liberalizacji Sarmacji w ostatnich latach, ta różnica między Księstwem a Dreamlandem o której pisałem jest uderzająca i zupełnie serio ciekawi mnie jej źródło. Chodzi wyłącznie o skalę? Trudno upilnować jeszcze do niedawna 60-osobową zgraję mikronautów (na dodatek średnio chyba sporo młodszych od przeciętnych Dreamlandczyków) i częściej trzeba się uciekać do wymierzania karnych klapsów? Czy coś jeszcze jest na rzeczy?
W ogóle mam wrażenie, że kosmopolityczny Dreamland zalicza w tej chwili kolejny Zwrot. Po wandejsko-ciprofloksjańskim, przyszedł najwyraźniej czas na teutoński.

Mnie tam się podoba.
Na marginesie: ta legendarna już wandeizacja Dreamlandu doby edwardiańskiej, o której przez lata tu i ówdzie się pisało i która zdążyła się na dobre zadomowić w zbiorowej pamięci, to w moim odczuciu raczej rozdmuchana figura retoryczna i zdecydowanie przecenia się skalę zjawiska, przynajmniej w jego wymiarze demograficznym. Na mniej więcej trzydziestkę obywateli w szczytowym momencie edwardiańskiego renesansu aktywnych Wandejczyków z krwi i kości mieliśmy w tym gronie raptem trzech: PTR, Paulinę Wileńską oraz - przez krótki moment, miesiąc zaledwie - mojego ojca, Ivona Karakachanowa (w początkach mikronacyjnej działalności w Cesarstwie Leblandii i Królestwie Natanii pod nazwiskiem Maar Ingawaar). Z doskoku udzielał się też ppłk Alojzy Pupka, ale cały czas jako cudzoziemiec, nie wychodząc z roli ambarasa MW w Ekorre. Mniej lub bardziej luźno związany z Wandystanem był też (jest?) Ipanienko, dla którego Wandystan stanowił wszakże zaledwie kolejny przystanek w długiej i pełnej zwrotów akcji odysei. Do Mandragoratu Ipanienko zawitał już jako mikronacyjny dinozaur dopiero na przełomie 2015 i 2016 roku, a więc na stosunkowo krótko przed początkiem aktywności w KD. Ja również miałem swój wandejski epizod w początkach swojej przygody z mikroświatem. Jak na modelowego 13-letniego mikronautę przystało, pracę na rzecz Ludowej Ojczyzny dzieliłem jednak z aktywnością w jeszcze chyba dwóch czy trzech innych państwach, w tym od końca 2014 roku w Dreamlandzie. dokąd się definitywnie przeprowadziłem pod koniec panowania Marcina Mikołaja. Zaraz po zmianie na tronie w Ekorre i nadaniu mi Skytji w dziedziczne lenno sprzedałem swój
penisyn i za zarobione pieniądze kupiłem pierwszy smoking. W trosce o narracyjną spójność, ochoczo zrezygnowałem wówczas z
Sukcesa Dupostrzała Zwella na rzecz obecnych personaliów, co można uznać za symboliczne przypieczętowanie procesu asymilacji.
Krótko mówiąc: imigracja z Wandystanu była procesem zauważalnym, ale liczebnie niewielkim i mocno rozciągniętym w czasie. Mówimy o maksymalnie trzech-czterech osobach na przestrzeni ponad roku, Żaden z tego
great replacement, zwłaszcza w ówczesnych realiach demograficznych. Rozumiem, że pisząc o "zwrocie wandejskim" pewnie ma Pan na myśli głównie wpływ na życie polityczne Królestwa i chyba przede wszystkim rewolucję w języku debaty publicznej. Aktywność wspomnianych Wandejczyków, a szczególnie tow. PTR, istotnie stanowiła pewnie główny katalizator tych zmian, ale jednak zachodzące procesy były udziałem dużo szerszego grona osób (dość wspomnieć wkład Angusa Kaufmana czy Vladimira von Lichtensteina w nasz rodzimy neopornosocjalizm), dlatego osobiście te wszystkie nieszczęsne
wandeizacje,
zwroty wandejskie i tak dalej raczej brałbym w cudzysłów.
Mnie na przykład inna rzecz dziwi, gdy przeglądam sobie forum i prasę KS. Pewne rozchwianie decorum. Mamy na przykład Markusa Wettina, obywatela Federacji Nordackiej i ambasadora tejże w Sarmacji. Ten sam Markus Wettin jest jednocześnie... obywatelem Sarmacji i piastuje kilka funkcji publicznych, chyba nawet jest prefektem, więc człowiekem od dyscyplinowania, czyli najbardziej posuniętej formy ingerowania w sprawy lokalne. Abstrahując od realu, rozmaitych konwencji wiedeńskich i oczywistych norm cywilizacyjnych, wydaje mi się, że nawet w mikroświecie trzymano się zasady, że ambasador nie powinien być obywatelem kraju przyjmującego, a już na pewno nie powinien być częścią lokalnego establishmentu. Właściwie czyje interesy reprezentuje taki obrotowy ambasador?
Obawiam się, że w 2025 roku zżymanie się o to stawia Pana w pozycji starego człowieka krzyczącego na chmury. Piszę bez złośliwości, bo sam mam tu estetyczny zgrzyt. Ale chyba trzeba pogodzić się z nieuniknionym. Wraz ze starzeniem i kurczeniem się mikroświata społeczeństwa poszczególnych państw coraz bardziej ku sobie ciążą i wzajemnie się przenikają. Postępującemu uwiądowi sformalizowanej dyplomacji (czy ktoś dziś jeszcze pamięta czym są listy uwierzytelniające i
agrément?) towarzyszy zagęszczanie się pajęczyny międzynarodowych towarzyskich powiązań między mikronautami. Wkrótce wszyscy wylądujemy w jednym policentrycznym gigapaństwie i to bez żadnych OPM, UNP czy polskich Bastion Union. Postępujące zlewanie się mikronacji to po prostu proces społeczny, zachodzący niezależnie od czynników politycznych. Możemy zachować pełną odrębność infrastrukturalną i formalną niepodległość, ale to w gruncie rzeczy niewiele zmienia, bo w ujęciu socjologicznym będziemy jedną globalną społecznością, a do cesarza Hawilandu będzie Pan chodził po szczyptę soli, jak gospodynie w Kakutach. Myślę, że z czasem przepoczwarzymy się w większości w Heinzów-Wernerów Grünerów, przełączających się między forami poszczególnych państw jak dziś między Kawiarnią pod Czerwonym Orłem a Hrabstwem Odwilży, żonglujących paszportami i urzędami, a konflikty międzynarodowe będą czymś pokroju niegdysiejszych animozji i podjazdowych wojenek między sarmackimi prowincjami. Dawniej o kosmopolityzmie pisaliśmy zwykle z pewną pogardą i utożsamialiśmy z sezonowymi państwami Nordaty i kseronacjami Vaarlandu. Dziś to już chyba mainstream, z pełnym przyzwoleniem na łączenie dowolnych stanowisk w dowolnych państwach w dowolnej konfiguracji, a formułowane tu zarzuty mogą dotyczyć co najwyżej naruszenia narracyjnego decorum, a nie jakichś faktycznych obaw o lojalność wobec wspólnoty.