Daniło de la Vega pisze: Federalny odkurzacz nie ma wyłącznika. Zastanowić się można nad tym, co tak naprawdę Dreamlandczyków ściągało do Dreamlandu – prowincje czy Królestwo? (...) Ciekawym spojrzeniem na sprawę byłoby też rozejrzenie się jak inne nacje radzą sobie w zależności od tego czy są federacjami czy państwami unitarnymi.
Prawdopodobnie większość z nas zgodzi się z tymi słowami, choć zapewne inaczej wartościujemy opisywane tu zjawisko. Drenaż mózgów jest nieunikniony i w obecnych warunkach konieczny. Kołdra jest za krótka. Nie demonizowałbym tego procesu. Nie w obecnych warunkach.
Uwaga, podaję garść sucharów. Gdy trafiłem do Królestwa, przez kilka pierwszych miesięcy w ogóle nie miałem świadomości, że istnieje jakaś centralna lista dyskusyjna. W zupełności wystarczał mi ruch generowany w moim rodzimym Weblandzie i informacje spływające z trzech czy czterech istniejących wówczas tytułów prasowych. Wakaty w radach miejskich były czymś normalnym i zrozumiałym – jako takie miasta stanowiły elektryzujące wyzwanie, odstraszały jedynie tych, którzy pomylili mikronację z grą komputerową. Zresztą, w tamtym czasie trudno było pomylić mikronację z czymkolwiek. Było jednak coś jeszcze, co ułatwiało koncentrację na sprawach lokalnych: anarchia na poziomie centralnym, brak aktywnego monarchy (w trakcie pierwszego roku mojej obecności w KD król pojawił się co najwyżej trzykrotnie), fatalna kondycja rządu centralnego. W takich warunkach w czerwcu i lipcu 2001 r. powstały pierwsze projekty przekształcenia Dreamlandu w państwu federalne: silne prowincje dążyły do usankcjonowania
status quo. I ostatecznie nastąpiło to, jak pamiętamy, w sierpniu 2001 r. Ustrój terytorialny Królestwa ufundowany został na asymetrii między słabszą centralną a dynamicznymi prowincjami - zwł. Weblandem i Solardią. Dzisiaj sytuacja się odwróciła.
W trakcie trwania niniejszej debaty przyjrzałem się sytuacji w dziesięciu innych mikronacjach: w Sarmacji, Al Rajn, Trizondalu, Skarlandzie, Surmenii, Elderlandzie, Austro-Węgrzech, Nordii, Wandystanie i Scholandii. To wszystko federacje lub państwa z silnymi autonomiami regionalnymi, dysponującymi własnymi rządami. Tam, gdzie sięgano po rozwiązania unifikujące, po kilku miesiącach z ulgą wracano do stanu poprzedniego. Wydaje się, że tym, czego mikronauci szukają w państwie internetowym, jest własna nisza, którą mogliby zarządzać wedle własnego uznania, choćby nie mając ku temu żadnych zdolności.
Wrócę do postawionej w projekcie uchwały tezy, jakoby „czas na łączenie prowincji już minął”, a która przedwcześnie zniechęciła mnie od udziału w tej debacie. W sposób milczący przyjmujemy bowiem, że obecna liczba obywateli Królestwa, szacowana przeze mnie na ok. 25 osób, jest wartością w najlepszym razie stałą, względnie z tendencją do bardzo powolnego spadku. Te statystyki znamy zresztą na pamięć. Na obecnym poziomie utrzymujemy się od drugiej połowy 2009 r. Nie wiem, czy dla Ministra Spraw Wewnętrznych będzie to informacja krzepiąca czy raczej niepokojąca. Z tych 25 mniej więcej dwadzieścia nie robi w Królestwie dosłownie nic, przy czym w zależności od kwartału dochodzi do pewnych przetasowań: któryś z emerytów wskakuje na stanowisko namiestnika lub sięga po mandat posła, by po kilku miesiącach wrócić do bezczynności. Bezczynności, dodajmy, wymuszonej bezczynnością pozostałej reszty. W ogólnym bilansie liczby pozostają jednak bez zmiany.
Gdyby przyjąć proponowaną w uchwale brzytwę Ockhama i pozbyć się zbędnych synekur w administracji krajowej i federalnej, wypadałoby poprzestać na trzyosobowym rządzie centralnym i dobrym informatyku, który raz na jakiś czas będzie doglądał skryptów. W tym sensie markiz Panevnick ma oczywiście rację. Ciąć przy samej dupie, cały czas trzymając tasak w pogotowiu.
Tymczasem warunkiem przetrwania Dreamlandu jest właśnie odwrócenie tego trendu – poprzez promocję, atrakcyjny tutorial i sprawniejszy mechanizm zatrzymywania nowych obywateli. Powinniśmy ponownie zacząć myśleć w kategoriach Dreamlandu 50- lub 75-osobowego, jakkolwiek utopijne wydaje się dziś to myślenie. W przeciwnym razie pozostaje nam frustrujący masochizm prowadzący do amputacji kolejnych kończyn, byleby tylko główny korpus zdołał utrzymać równowagę. Obawiam się, że likwidacja prowincji i "zamknięcie" miast szybko sprowadziłaby nas do poziomu mikronacji 7-osobowej, bo właśnie tyle obsadzonych etatów wystarczy, by maszynka pozostała w ruchu. Operacja "dostosowania Dreamlandu do realiów demogaficznych" byłaby, w moim odczuciu, zgodą na nieodwracalne skarlenie Królestwa, które ugrzęzłoby na poziomie kilkuosobowej Nordii, Skarlandu czy Surmenii, które od lat na próżno próbują wybić się choćby do naszego poziomu. Spróbujmy zastanowić się, jak zaktywizować 85% bezczynnych obywateli, nie skazując ich jednak na ogłupiającą robotę namiestnika na bezludnej wyspie.
Zacznę od pewnej deklaracji. Nie wierzę w sens likwidacji prowincji, ponieważ nie dostrzegam zalet takiej rewolucji. Owszem – spokojniejsze będą sumienia obecnych Namiestników, gdy zdejmiemy z nich ciężar odpowiedzialności za te bezludne kontynenty. Zgadzam się z ogólnymi uwagami Wicepremiera: taka liposukcja oznaczałaby spadek atrakcyjności Królestwa w oczach potencjalnych i najmłodszych stażem obywateli, dla których podstawowymi wartościami są lokalny koloryt i możliwość samorealizacji w takiej czy innej roli – każdy chce być księżniczką lub przynajmniej burmistrzem.
Swego czasu optowałem na rzecz aktywniejszego wykorzystania instytucji nadań ziemskich. Mamy w Dreamlandzie kilka marchii, ale to wszystko leży odłogiem, jakby pozbawione dostatecznej racji istnienia. Może warto byłoby, kosztem uszczuplenia życia publicznego na poziomie federalnym, zastanowić się nad rozwiązaniem, w ramach którego dreamlandzcy arystokraci otrzymywaliby, wraz z kolejnymi nobilitacjami, określoną ziemię, nad którą przejmowaliby pieczę – w sensie administracyjno-informatycznym. W ich skład wchodziłoby najwyżej jedno miasto, las, jakaś rzeka, kopalnia. Idealny punkt wyjścia do rozwoju przemysłu na małą skalę.
Zakładam, że z czasem doprowadziłoby to do wykształcenia swoistej rywalizacji między poszczególnymi marchiami, rywalizującymi nie tylko o nowych obywateli, ale i na płaszczyźnie gospodarczej. W takich warunkach faktycznie można było zastanowić się nad przekształceniem Dreamlandu w państwo unitarne – zamiast pięciu prowincji ze skazanymi na bezczynność i frustrację namiestnikami, pięć historycznych regionów, zaludnionych kilkunastoma marchiami powierzonymi opiece arystokratów, którzy dziś umierają z nudów. Można byłoby to zgrać z polityką rodową – jak w Sarmacji – regulując kwestię powstawania wielkich rodzin herbowych, które zarządzałyby takimi marchiami, ułatwiając i jednocześnie zachęcając do łączenia sił na terenie takiej małej ojczyzny. Niech Kriegowie rywalizują z Shakurami i Buurenami w Surmali czy Furlandii, a Vermeerowie z Rubensami w Morlandzie. Ja sam chętnie zaangażowałbym się na rzecz jakiegoś skrawka Weblandu, nawet jako zarządca młyna, jeśli tylko lokalnym landlordem byłby ktoś ze świeżą głową i paliwem na kolejny rok działania.
Wymagałoby to odkurzenia Heroldii i poważnego potraktowania sprawy herbów - jak to miało miejsce jeszcze 2-3 lata temu. Odtworzenia rodów, które leżą dziś w gruzach. Ogłośmy, jak to zrobił reaktywowany Hasseland, że Królestwo czeka na specjalistów wszelakiej maści, oferując zasłużonym obywatelom ziemię w najstarszej mikronacji i możliwość tworzenia własnych folwarków i manufaktur. To się musi udać - bo tam się udało, choć wspomniany Hasseland nie dysponował na starcie nawet ułamkiem naszego potencjału. Nawet do gburowatej i hermetycznie zamkniętej Scholandii zawitało paru gości z Ciprofloksji i Trizondalu, oferują swoją pomoc i zaangażowanie, w zamian za namiastkę prestiżu pracy na rzecz wiekowej mikronacji.
Sfeudalizujmy Królestwo.