O godzinie 21:48 na stację "Walgard Port Lotniczy" przyjechał kolejny z wieczornych pociągów szybkobieżnych. Wysiadło z niego całkiem sporo osób - do tego, z jednego z członów drugiej klasy wysiadł prefekt z walizką podróżną na kółkach, materiałową torbą "listonoszką" na ramieniu i czymś przypominającym spory wieniec, co leżało na walizce. Celem był Voxland, dokładniej wizyta na pogrzebie JKM Joahima II. Nie miało to charakteru delegacji państwowej ani służbowej, przynajmniej nie zostało tak to zgłoszone. W ogóle, wszystko zostało przygotowane "na ostatnią chwilę". Przelot, nocleg na miejscu, wieniec - wszystko zostało zorganizowane dosyć późno przez, między innymi, prace nad uruchomieniem lotniska wojskowego w Trynidadzie i wymianą podwodnych kabli telekomunikacyjnych.
Lot do Voxlandu miał odlecieć o godzinie 0:35, a przylot odbyć miał się około południa czasu voxlandzkiego. Okienko odprawy biletowo-bagażowej linii lotniczych Kitsune Airlines było już otwarte, inni pasażerowie również podchodzili i oddawali swoje walizki na taśmociąg. Kolejka priorytetowa już została obsłużona, czasem pojedyncze osoby jeszcze dołączały do kolejki. Kolejka ogólna była dłuższa, to w niej stał Antoni. Tym razem nie dołączył do załogi, chociaż służbowy strój ma ze sobą.
- Dzień dobry, poproszę paszport - powiedział pracownik obsługi pasażerskiej do Antoniego.
Antoni wtedy lekko skinął głową i wyciągnął paszport, w który włożony był wydruk z faksu ze szczegółami rezerwacji i potwierdzeniem płatności z systemu bankowego. Agent obsługi wpisał numer rezerwacji w swoim terminalu, po czym wydrukował kartę pokładową. Miejsce w klasie "standard", w tylnej części samolotu dalekiego zasięgu używanego przez Kitsune Airlines.
- Dziękuję Panie Prefekcie. Miejsce 46J. Proszę położyć walizkę na taśmę.
- Jak najbardziej, proszę.
Wtedy Antoni położył walizkę na taśmie, a waga pokazała niecałe 7 kg bagażu. W końcu to krótki wyjazd, nie trzeba było pakować jej do pełna.
- Czy w środku jest elektronika, baterie, materiały wybuchowe? Zapałki?
- Nie, takich rzeczy nie. Elektronikę mam w podręcznym.
Pracownik przytaknął, wydrukował etykietę i zahaczył o ucho walizki, a kwit bagażowy nakleił na kartę pokładową.
- W porządku, drugą część bagażu proszę oddać przy stanowisku nr 45, tam przyjmują bagaż nadwymiarowy. Po tym zapraszamy do kontroli bezpieczeństwa.
Prefekt i pracownik obsługi lekko ukłonili się do siebie, po czym prefekt poszedł do wskazanego stanowiska. Przyjęto dodatkową sztukę bagażu wydając kolejny kwit bagażowy, a to pozwoliło Moskwiczowi iść dalej do kontroli bezpieczeństwa.
Część stanowisk była o tej godzinie zamknięta, a czas oczekiwania wynosił około 10 minut do stanowiska kontroli. Oczywiście z wyjątkiem stanowiska priorytetowego, dodatkowo płatnego bądź dla pasażerów z biletami klasy pierwszej lub odpowiednio wysokiej (zależnie od umów z liniami lotniczymi), dla osób z niepełnosprawnościami i najważniejszych osób w państwie. Najpierw sprawdzano karty pokładowe, stamtąd już do kolejki prowadzono dalej.
- Dzień dobry, kartę pokładową poproszę - powiedział pracownik przy skanerze. Prefekt podał swoją kartę, pracownik ją zeskanował.
- O, prosimy do tej kolejki - osoba przy skanerze wskazała kolejkę priorytetową odciągając taśmę do kolejki priorytetowej.
- Nie, nie trzeba, przynajmniej nie dzisiaj - odpowiedział prefekt lekko się śmiejąc. Może i prefekt nie lubi kolejek, ale nikt ich nie lubi. Wszyscy stoją, Antoni też postać może. Przynajmniej się dowie jak to jest czekać i czy trzeba próbować coś poprawiać, a nie będzie odklejony od rzeczywistości, jak dyrektorzy traumlanduszexów żyjący tabelkami i wykresami. Chociaż nie wiadomo, czy kiedyś się to nie przyda.
- Na pewno? Prefektowi wolno przecież.
- Nie, nie trzeba, naprawdę. Ale pewnie będzie ktoś, komu szybkie przejście przyda się bardziej. I tak dzisiaj nie ma aż tyle oczekiwania.
Z lekkim uśmiechem Antoni przeszedł do kolejki zwykłej. Może i dłużej, ale kilka minut oczekiwania świata nie zbawi. Do odlotu jeszcze zostało 1.5 godziny - nawet z czekaniem tutaj wystarczy czasu na poszwędanie się po sklepach wolnocłowych, może na pobranie poczty elektronicznej do przeczytania na pokładzie samolotu. Byleby pamiętać o podłączeniu ładowarki, w klasie "Standard" nie ma gniazdek zasilających, a każda minuta pracy na baterii się przyda.
- Dzień dobry, płyny, elektronika? Coś w kieszeniach? - niemal mechanicznie powiedziała pomocniczka na kontroli bezpieczeństwa, która przekładała tace na stół przed taśmociągiem. W pierwszej chwili prefekt się uśmiechnął (jego ówczesne ubranie nie miało kieszeni), ale odpowiedział poważnie.
- Tak, już wyciągam. Mam jeszcze filmy fotograficzne.
Antoni wyciągnął dwie rolki filmu fotograficznego i aparat. Lustrzanka z obiektywem o dość szerokim zakresie ogniskowej (żeby nie przewozić za dużo). Do tego wyciągnął niewielki komputer osobisty z ładowarką, drugą baterię, telefon (też z ładowarką) i paczkę dyskietek. Wolnego miejsca w torbie było niewiele, ale jednak coś dałoby się dołożyć. Nie większego niż 200-stronicowa książka, ale jednak.
Następnie Moskwicz zdjął płaszcz, w którym przybył na lotnisko i położył go na tacy obok elektroniki. Torba została na taśmie bez tacy i powoli przejeżdżała w kierunku skanera. Na chwilę przed skanerem, strażnik graniczny podniósł dwie rolki filmu i sprawdził obie ręcznie.
- Aparat jest załadowany? - spytał.
- Nie, są tam tylko baterie - odpowiedział prefekt.
W tym momencie taca z elektroniką i płaszczem wjechała do skanera. Następnie to samo stało się z torbą. Przed detektorem metalu jeszcze były dwie osoby przed Antonim, a za nim kolejne cztery wyciągały przedmioty z kieszeni i toreb.
Chwila przejścia przez bramkę była krótka, a po tym Antoni odebrał filmy, torbę i pozostałe rzeczy. Na stoliku za taśmociągiem wszystko poukładał w torbie, po czym odłożył tace na stos. Następna była kontrola paszportowa - ponieważ większość lotów obsługiwanych w terminalu międzynarodowym odbywa się do krajów, gdzie paszport jest potrzebny, większa część hali odlotów jest właśnie za tą kontrolą. Można przejść między częścią krajową a międzynarodową (przed kontrolą paszportową), ale formalnie są to dwie osobne części.
Po kilku kolejnych minutach w kolejce dla obywateli Dreamlandu czekała hala odlotów. Jeszcze było w niej sporo osób, jeszcze widać typowy dla międzynarodowego lotniska ruch, ale niektóre sklepy już się zamknęły albo zaczynały zamykać. Nieliczne były całodobowe - i tak cudem jest, że w ogóle jakikolwiek jest. Antoni najpierw poszedł do jednego ze sklepów aby wyposażyć się w coś do picia. A może jeszcze coś?
W pierwszym-lepszym sklepie Antoni rozejrzał się po lodówkach z napojami szukając ulubionej wody mineralnej, może przy okazji czegoś do poczytania na półkach z książkami. Może się przydać, gdyby nie udało się zasnąć.
Pora wchodzenia na pokład, a na zegarze wybijała północ. Terminal zdążył się dość mocno wyludnić, ale jeszcze poza lotem do Voxlandu czekali pasażerowie do Achkova i Genosse-Wanda-Stadt. Kolejny lot pasażerski pojawia się dopiero o 3:10, a jeszcze następny o 5:15. Ponownie - najpierw weszli pasażerowie klas "Premium" i "Plus" (ulepszona klasa "Standard"), potem klasa "Standard". Czyli Antoni wchodzi w tej ostatniej kolejce. Gdy przyszła jego kolej, podał kartę pokładową i wszedł do samolotu przez drugie drzwi.
Przywitawszy się z personelem pokładowym, zajął miejsce i schował torbę pod siedzenie. Płaszcz zwinął i ułożył do schowka nad głową, w końcu się nie przyda. Dość ciasno... Jak to w tej zwykłej klasie, w większości linii zwanej ekonomiczną. I tak Kitsune Airlines stosowało konfigurację siedzeń 3-3-3 zamiast 3-4-3, która jeszcze pozwala dodać więcej pasażerów. Za to, mieści się więcej ładunku w luku bagażowym i jest więcej przejścia między siedzeniami. W czasie gdy pasażerowie zajmowali miejsca, właśnie ładowano kilka kontenerów lotniczych - część z bagażami, część z towarem przewożonym jako dodatkowe źródło zarobku dla przewoźnika.
- Załoga, boarding zakończony - wybrzmiało przez interkom.
Personel pokładowy szykował się do startu, a uruchomienie się generatora pokładowego świadczyło, że za chwilę silniki też będą uruchamiane. Jeszcze zabezpieczenie drzwi, demonstracja wyposażenia bezpieczeństwa i kilkugodzinny lot się rozpocznie na dobre.
Dzięki godzinom wieczornym samolot do Voxlandu nie czekał w kolejce ani na uruchamianie, ani do pasa. Po prostu został wypchnięty ze stanowiska, załoga uruchomiła silniki i przeprowadziła maszynę na pas zgodnie z instrukcjami kontroli ruchu lotniczego. Dzisiaj lotnisko działało w konfiguracji zachodniej, czyli kierunek startu - pas 30. Po starcie maszyna zakręci w kierunku radiolatarni "Dawidy Bankowe", stamtąd poleci dalej mijając północny brzeg Teutonii.
Potężne silniki turbowentylatorowe zawarczały, a maszyna rozpędzała się na pasie 30. W połowie długości pasa nos lekko się zaczął unosić, a chwilę później koła oderwały się od ziemi. Są w powietrzu, teraz zaczynają procedurę odlotową. Mimo nocy przez okno widać było charakterystyczne budynki i miejsca w Walgardzie, jak dworzec główny, plac targowy, podświetlaną fontannę w parku miejskim. W ciągu kilku minut wszystko zmniejszyło się tak, że w nocy trudno było cokolwiek rozpoznać jeśli ktoś nie kojarzy układów ulic.

Na pokładzie panowała senna atmosfera - większość albo miała słuchawki na uszach, albo leżała na stolikach. Część próbowała coś czytać mimo późnej pory. Antoni zdecydował się również spróbować zasnąć - "klikanie w komputer" mogłoby drażnić osoby wokół. Dlatego zaraz po zgaśnięciu sygnalizacji "zapiąć pasy" rozłożył stolik i się na nim położył próbując zamknąć oczy na chwilę. Pasażer obok zrobił to samo, co tylko potwierdziło, że to będzie najlepsza opcja. Na zegarze zbliżała się godzina 1:00, co i tak dla zdecydowanej większości pasażerów było porą snu.
Jeszcze dobre kilka godzin
do przylotu, kilka godzin przesunięcia czasowego... Zgodnie z planem, powinni dolecieć około 10:15, znaczy 13:15 czasu voxlandzkiego.